Pamiętacie nasze pierwsze spotkanie? To było piękne lato, kilka lat temu. Niemal całe wakacje spędziłam wtedy wraz z przyjaciółmi nad jeziorem pod namiotami. Był wieczór, siedzieliśmy właśnie przy ognisku. Ostatnie promienie słońca, kryjącego się za linią drzew, radosne rozmowy, zero strachu, tylko my. Rzec by można młodzi i piękni. Życie właśnie otworzyło przed nami swoje drzwi. Nikt wtedy nawet nie myślał o tym, aby się gdzieś śpieszyć, przecież to był dopiero początek...wszystko było przed nami. Tego dnia dołączył do nas nasz przyjaciel, który dostał kilkudniową przepustkę z wojska. Przywiózł nam siebie i swój szelmowski uśmiech, podreperował nam zapasy jedzenia, dostarczył kilka informacji ze świata i Was...w wersji zupełnie nieoficjalnej, (nikt nawet nie myślał wtedy o tym, że kiedyś będzie jakakolwiek wersja oficjalna), w wersji zdobytej gdzieś pocztą pantoflową, radiową, internetową. Z resztą, to nie istotne. Ważne, że właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu się zakochałam. Zakochałam się od pierwszego dźwięku gitary, który najpierw rozdarł mi dusze na kawałki by potem magicznymi słowami na powrót ją złożyć. Tylko, że to już nie byłam ta sama ja...
Mijały dni, miesiące, lata, a ja nawet przez chwilę w Was nie zwątpiłam. Tyle się działo, dobrego i złego, ale Wy zawsze byliście przy mnie. Doskonale wiedzieliście, co powiedzieć by mnie rozbawić, by wlać we mnie energię i światło. Wiedzieliście jak jednym słowem wywołać oczyszczającą falę łez albo kiedy milczeć i tylko kołysać mnie do snu samymi dźwiękami.
Nie od razu potrafiłam przyznać się do swoich uczuć, ale to było gdzieś głęboko we mnie i powoli rozrastało się, rozlewało do wszystkich części mojego ciała, aż pewnego dnia zawładnęło wszystkim. Wasza muzyka była jak drogowskaz w świecie, w którym nie raz zbłądziłam, jak zielony las tulący ciszą i spokojem, jak dom w miejscach, z których do domu było daleko. Zawsze byliście mi oparciem w walce, którą musiałam toczyć, czasem nagrodą za zwycięstwo, a czasem pocieszeniem, gdy poznałam gorycz przegranej.

W listopadzie 2007 roku postanowiłam się wybrać na Wasz koncert w warszawskiej Stodole. Minęło tyle czasu, a moja miłość nadal była tym samym szaleńczym uczuciem pełnym pożądania, pełnym namiętności. Czułam się znowu jakbym miała naście lat, (choć w sumie aż tak dawno to nie było:) Moje życie wyszło na prostą, pokonałam kilka demonów, poukładałam kilka spraw, uwierzyłam, że wszystko w końcu będzie tak jak zachcę, że znowu panuję nad swym losem. Zaskoczyliście mnie scenografią i generalnie dość nietypowym wejściem...było to jednak miłe zaskoczenie, urozmaicenie w naszym długoletnim związku. Byliście jak zwykle cudowni. Głośni, wyraziści, hipnotyzujący. I niby wszystko było tak jak powinno być, a jednak... W pewnym momencie pomyślałam sobie, że nienawidzę tych wszystkich ludzi wokół siebie!!! "Dlaczego oni tu są? Jakim prawem?" Tyle się mówi o tym, że Wasza muzyka łączy, ale ja wtedy nie czułam żadnej jedności z tymi ludźmi! Poczułam jakby coś złapało mnie za gardło i zaczęło dusić...Poczułam jakbym właśnie spadła z 12 piętra i roztrzaskała się na chodniku na miliony części, a każdy z tych kawałków mojego ciała odczuwał straszliwy ból... Nienawidziłam tych ludzi, za to, że ośmielili się wtargnąć do mojego...do naszego świata! Czy to był czysty egoizm? Być może, ale w końcu miłość czasami bywa bardzo samolubna. Byłam po prostu zazdrosna! Nie mogłam się pogodzić z tym, że ci ludzi mogą czuć to, co ja! Że ich serca mogą bić tym samym rytmem. Że mogą was kochać tak samo mocno! Dotarło do mnie, że przecież nie jestem nikim specjalnym, że nie mam prawa zawłaszczać sobie emocji, które wywołujecie... Spojrzałam na kilka osób stojących obok mnie. Byli spocenie i zmęczeni, ich ciała poruszały się w wyzwoleńczym tańcu, a z ich ust spływały słowa. Słowa, które znaczyły tak wiele... nie tylko dla mnie. Patrzyłam na tych ludzi i w ich oczy, w których odbijał się niekiedy smutek, czasem nadzieja i radość, w których odbijało się spełnienie...
Nadal słyszałam Waszą muzykę, ale miałam wrażenie, jakby dochodziła do mnie z innego świata. Myślałam, że znam ją na pamięć, a tymczasem dotarły do mnie nowe tony, nowe akordy, słowa nabrały innego znaczenia. Otworzyłam uszy, otworzyłam serce i zaczęłam chłonąć te nowe doznania, by zagłuszyć wewnętrzny ból, by przestać dostrzegać wszystko i wszystkich wokół mnie. Znowu chciałam zostać z Wami sam na sam...
Ta zazdrość...ta świadomość mojej własnej małości bardzo bolała. Najgorsze było to, że uświadomiłam sobie, że problemem nie jest świat i ludzie, że to siedzi we mnie...że żyłam w pewnej iluzji.

Długo zastanawiałam się czy pójść na Wasz koncert 1 marca 2008 r. w Palladium. Bałam się kolejnej swojej reakcji. Nie myślcie sobie, że nie chciałam się z Wami spotkać, że przestałam was kochać! Uwielbiam Was i będę uwielbiać do szaleństwa, chyba przez całe życie. Chodzi o to, że czułam się jakby czekała mnie poważna rozmowa po wielkiej kłótni... Jakbym miała spojrzeć ukochanemu w oczy, po tym jak go zdradziłam, jak w niego zwątpiłam.
Przed koncertem, tego samego dnia dostałam pewną wiadomość. Złą wiadomość. Kolejny problem do rozwiązania...choć w sumie nie jest to problem z kategorii tych, które da się w ogóle rozwiązać...dziś już wiem, że nie powinnam nawet o tym mówić w kategoriach problemu, ale tamtego dnia, te kilka słów wypowiedzianych przez telefon było jak wyrok dla mojej rodziny. Nie miałam sił by przestać płakać, nie miałam sił wstać z łóżka. Obiecałam jednak przyjaciółce, że razem pójdziemy na ten koncert. Wiedziałam, że jej zawieść nie mogę.
Miałam już kilka koncertów za sobą, nie tylko Comy, ale tamtego wieczoru czułam się jak totalna nowicjuszka, jak postać z innej bajki, jak ktoś lub coś nie na swoim miejscu. Nie udzieliło mi się nawet to nerwowe oczekiwanie tłumu. Tylko dystans i strach, i te słowa w mojej głowie... Ale zaczęło się. "Boże! Skąd oni wiedzą? Skąd wiedzą, co zagrać mojej duszy?" Zaprzepaszczone siły wielkiej armii - oddziały Waszych żołnierzy-dźwięków przeprowadziły zmasowany atak na nas, Waszych fanów. I po raz kolejny wygraliście tą bitwę, choć tak naprawdę myślę, że nie było pokonanych. Każdy kolejny utwór był wielkim zwycięstwem. Wszyscy razem zwarliśmy szeregi i pod Waszym dowództwem wyzwaliśmy na pojedynek grawitację. Skaczemy! "Wysadziliśmy się w powietrze". Stanęliśmy w szranki z codziennością i szarością, wspierani przez cudowną grę kolorowych świateł zrobiliśmy "pierwszy krok na drugą stronę";. I wtedy, w tej bitwie, w której moje ciało stykało się z innymi ciałami, w której mój głos śpiewał z innymi głosami, kiedy moje oczy wpatrywały się tam, gdzie oczy pozostałych, gdy moje uszy słyszały tego samego dobosza...wtedy poczułam jedność! Tę jedność, której tak bardzo się wcześniej bałam, której nienawidziłam! Teraz była dla mnie wsparciem i siłą! Wszystko jakby odpłynęło, wyrzuciłam z siebie toksyczne myśli, dałam się ponieść i poczułam spokój i ukojenie. Ktoś, kto Was nie zna mógłby uznać, że mowa o ukojeniu podczas koncertu rockowego jest czymś totalnie abstrakcyjnym, ale przecież tak właśnie jest! W pozornym szaleństwie jest ład, w ostrych dźwiękach kryje się wyzwolenie, a słowa mają moc oczyszczającą. I choć wszyscy wychodząc z Waszych koncertów są zazwyczaj wyczerpani fizycznie, to wynoszą z nich ogromne pokłady energii, tak czystej i pozytywnej, że aż nie da się tego opisać. Energii, która zmusza nie tylko do działania, ale też do tego by zastanowić się nad sobą i swoim życiem, by pokonać własne słabości.

Ale czy skoro pogodziłam się z tym, że jestem jedną z tysiąca, a nawet i milionów Waszych fanów, czy skoro przestałam o Was być aż tak zazdrosna, to moje uczucia do Was zmalały? NIE! Wręcz odwrotnie! Pokochałam Was jeszcze bardziej, pełniej. Chyba musiałam po prostu do tego dojrzeć.

Kobez, Matusz, Roguc, Tomasino, Witos - wielkie dzięki! Za co? Za to, że kochacie to, co robicie (przynajmniej tak to wygląda, no chyba, że jesteście dobrymi aktorami). Za to, że potraficie się bawić muzyką. Za to, że jesteście na koncertach nie tylko dla nas, ale i z nami.

Wielkie dzięki też dla wszystkich fanów zespołu, za to, że jesteście.

Galeria zdjęć

15 listopada 2007 i 1 marca 2008
Kluby "Stodoła" oraz "Palladium"

Kira

Wróć do 'Recenzje'