Poniedziałek, 19 listopada 2007 r. Godzina 23:00 czasu polskiego. Spokojny wieczór w domu zakłóca dźwięk dzwonka w telefonie. Hmm, kto dzwoni o tej porze? Spoglądam na wyświetlacz. To kolega z zespołu się dobija. Odbieram. "Siema stary, co tam?" - pyta. Po chwili zastanowienia odpowiadam, że w sumie to nic ciekawego. Widząc, że zaskoczył mnie tym pytaniem, szybko przeszedł do sedna sprawy: "Idziesz jutro na koncert Comy w Grafie?" - zagadnął. Błyskawicznie rozważyliśmy wspólnie wszystkie za i przeciw i ostatecznie ustawiliśmy się na następny wieczór pod lubelskim klubem.
Wtorek, 20 listopada 2007 r. Godzina 20.00 czasu polskiego, "Graffiti". To był wyjątkowo zimny wieczór. Kolega mówi: "Wbijamy szybko do środka, bo hebel!". Podchodzimy pod wejście, a tam taka kolejka, jak za komuny. No to pięknie! Już się zagrzaliśmy! Jak się okazało, nie było tragedii. 10 minut na schodach i już jesteśmy w środku. Jeszcze tylko kurtki do szatni i luzik. No niestety, tak dobrze to nigdy nie ma. Facet, tzn. szatniarz krzyczy: "Nie ma wolnych wieszaków!" No to nieźle - myślę. A za nami jeszcze ze 100 osób. Na szczęcie uruchomili drugą awaryjną szatnię (tylko na potrzebę tego koncertu).
Wchodzimy na górę. "O Boże - stwierdza kolega - ile tu narodu?". Pytanie retoryczne, więc nie odpowiedziałem. W środku było z 600 osób i wspomniana setka na dole. Nie było gdzie stanąć. Jakimś cudem dopchaliśmy się pod bar. Browar, fajka i na salę. Właśnie zeszli Normalsi. W sumie to się nawet tym faktem nie zmartwiłem, bo za bardzo za nimi nie przepadam. Rozglądamy się po sali i zaczynamy się zastanawiać, co się dzieje. Przed sceną ktoś wisi w worku, głową do dołu. "E tam, to chyba manekin." - wyraźnie zasmucił się kolega. W ogóle scena wyglądała inaczej niż na innych koncertach. Z prawej strony stał drugi manekin, tym razem bez worka, a z sufitu zwisały jakieś firanki. No cóż, to w końcu Coma - pomyślałem. Stoimy 5 minut - nie zaczynają. Kolejne pięć - sytuacja bez zmian. Nagle oklaski, krzyki i ręce w górze. Publiczność szaleje, tylko zastanawiam się dlaczego. Stoję daleko, mam wadę wzroku, ale nie aż taką, żeby muzyków na scenie nie zauważyć. Ale naprawdę ich nie widzę. Wszystko się wyjaśniło po chwili - cały skład dosłownie wpełzł na podest. Po prostu się wczołgali. To jeszcze nic. Trzy dni później w Krakowie na scenę wjechali na takich malutkich, dziecięcych rowerkach.
Zanim zaczęli grać wszedł facet między firanki z tekturami na sobie (z takimi jak Cygan na youtube) z napisem: "koniec jest bliski". Tłumaczę sobie po raz kolejny: No cóż, to w końcu Coma. Najpierw "Intro". Hipnotyczne, pokręcone, lekko transowe. Na firankach wizualizacje. Jakieś liczby, znaki, ogień, woda. Wszystko się miesza, wiruje. Cała sala stoi. Patrzę na kumpla. Już odpłynął. Ze mną podobnie. Tak się zapatrzyłem, że nie zauważyłem, kiedy zaczęli grać "Turn back the river". Roguc po angielsku śpiewa, no nie mogę - pomyślałem. Wolę jednak po polsku. Oczywiście ze względu na niesamowite teksty. Reszta publiki chyba też podziela moje zdanie, bo jak tylko wokalista kończy swoje anglojęzyczne popisy zaczyna się chóralny śpiew. To "Ostrość na nieskończoność". Jednocześnie kończy się mój platoniczny kontakt wzrokowy z zespołem. Wszyscy skaczą przede mną i widzę tylko ludzi unoszonych na rękach. Przynajmniej na firankach coś wyświetlają. Ale nic to. Kolega wyciąga kamerę i podnosi do góry. Przynajmniej na wyświetlaczu coś widać. Robi się gorąco. I duszno niestety. No cóż, to w końcu Coma - pomyślałem po raz trzeci. "Nie ma klubu w naszym mieście, który pomieściłby bez problemów wszystkich chętnych do zobaczenia Comy na żywo" - stwierdza kolega, a mi nie pozostaje nic innego, jak tylko się z nim zgodzić. Powietrze wewnątrz robi się nie do zniesienia, ale dajemy radę. Grają "Pierwsze wyjście z mroku", a później "Święta". Myślałem, że temperatura w środku nie może być wyższa. Jednak może... Uff... Klimat nie do opisania. Euforia. Powolny motyw. Wszyscy ręce do góry. Poczułem się niesamowicie. Nieznani sobie ludzie jak jedna wielka rodzina. Rodzina Comą silna chciałoby się rzec. Chłopaki nie przestają grać. Kolejny Rage'owy riff. Temperatura w górę, zawartość tlenu w dół. Kolega mówi: "Chodź po browar i na fajkę". Idę, bo zaraz umrę. Oglądamy chwile na telebimach. Z powrotem na salę. "Ocalenie". Myślę sobie: "Tak, piwo to było ocalenie." Cała sala śpiewa: "...dopóki co, dopóki co, tylko my zwyciężymy zło, na pewno tak, na pewno tak, tylko my ocalimy świat.". Zaczynają "Spadam", no i wszyscy jednocześnie spadają. Ja też. Coma schodzi ze sceny. "No nie - przecież ledwo zaczęli" - oburza się kolega.
Na scenę znowu wchodzi facet z tekturami. Ten sam napis. Schodzi. Ludzie krzyczą. Coma wraca. Na pierwszy ogień idzie "Nie ma joozka". Szaleństwo. Nienasycenie. Nie do opisania. Nagle "Tonacja" - moja ulubiona. W 10 sekund jestem pod sceną. Nie wiem jakim cudem, ale jestem. Śpiewam, Roguc razem ze mną, a Matuszak sprawdza czy dobrze. Cztery minuty pod sceną i jestem cały mokry. Wszyscy dookoła też. Powietrza brak. Roguc śpiewa dalej, ale już beze mnie. Ja wracam na koniec sali. "System". To jedyny system, z którym nie mam problemów. Gdyby tak z Windows'em było... Znowu propozycja kolegi. Zimne piwo, fajka, znowu ocalenie. Wracamy na salę. Roguc śpiewa, że nie wierzy sku(.)synom. Zgadzam się Piotrek, ja też nie wierzę. Nowy utwór i tajemnicza nazwa. "Chylina". Znowu klimat Rage'a, ale jest spokojniej, bo mało ludzi zna ten numer. Spokój jest pozorny. Ludzie tylko uśpieni. W śpiączce. "Skaczemy". Wszyscy skaczą. Euforia i szaleństwo. Zaczyna się "Schizofrenia". Tym razem tylko fajka. Wracamy na salę - Comy już nie ma. Ludzie krzyczą: "Coma, Coma". Wracają po chwili na bis. Najpierw "Zbyszek". Jest niesamowicie. Klimat funky, robi się psychodelicznie. I znowu Rage. Zaczynają "Listopad". Dziewięć minut snu, choć ".amfetamina ma gorzki smak...". Światła i ciemność. Na firankach dalej wizualizacje, w tle muzyka, ale to nie Coma. Znowu światło. Pusta scena. Ludzie krzyczą. I tak 15 minut. Bez skutku. Pytamy akustyka: Wrócą? "Wrócą, ale nie dzisiaj..." - zapewnił...
20 listopada 2007
Klub Graffiti
Daniel Gielza
www.qube.com.pl