Moje całe życie jest wyzwaniem…

Wystarczyło krótkie stwierdzenie mojej koleżanki, w kanciastym oknie Komunikatora: „Magia powróciła”…
Uśmiechałam się tajemniczo do siebie i do Niego. Spoglądając przez okno pędzącego przez całą Polskę pociągu, rozmyślałam nad faktem, jak łatwo dałam się podpuścić… Jak małe, zachłanne dziecko… Mimo, iż minęły już prawie trzy lata…
Pociąg leniwie wspinał się po zboczu kolejnej góry a ja czułam jak uczucie niecierpliwości i dziwne podniecenie powoli we mnie wzrastały. Zaczynały mnie trawić niczym głód. Wreszcie stacja. Później krótka droga do miasta pachnącego oscypkiem. Wtedy nieśmiało pomyślałam, że to „koniec świata”, że już dalej pojechać nie mogłam i że znowu upadłam na głowę… Zupełnie jak rozwydrzona nastolatka, pragnąca kolejnych podniet… Czekała mnie jeszcze tylko droga busem do maleńkiej mieściny…
Krajobraz zmieniał się na coraz bardziej górzysty. Kiedy wysiadłam, odniosłam wrażenie jak gdyby rzadkie powietrze próbowało mnie zabić. Ściskało mi płuca. A może to był początek magii? Odliczanie rozpoczęte…
„Nie jestem taką dziewicą jak Oni. To nie jest mój „pierwszy raz”…” – myślałam dumnie, przyglądając się twarzom innych, oczekujących ludzi. Były takie pełne fascynacji, ciekawości i niepewności… Nie to, co Ja… Chyba, że czegoś nie widziałam…Oczekując na wejście chłonęłam piękno i spokój tego niezwykłego otoczenia. Szum potoku koił moje zszargane codziennym obowiązkami wnętrze, ale w duszy rozpoczynała się wojna… „A co, jeśli to wszystko nie będzie warte tego zachodu?” Z mroku rozmyślań wyrwało mnie stwierdzenie mężczyzny stojącego w drzwiach: „Miejsce po lewej stronie…”
Ruszyłam przez duszne pomieszczenie, aby zająć swoje miejsce. Po drodze odwzajemniłam kilka uśmiechów znajomych… Krótka wymiana uprzejmości. Usiadłam i nagle poczułam się niesamowicie samotna. Wokół ludzie rozmawiali, żartowali i byli ze sobą a ja miałam wrażenie, że nadal oczekuję na człowieka, który powinien być przy mnie tak, jak obiecał…

Mężczyzna pojawił się na scenie niczym spod ziemi.Wypowiedział kilka niezrozumiałych dla mnie słów. Wyłapałam tylko z kontekstu, że pojawią się na scenie nietypowo. Nie miałam czasu na rozmyślanie o tym fakcie. Okienko po lewej stronie otwarło się. Wtedy poczułam jak „coś” w moim wnętrzu osiąga apogeum. Zamarła moja dusza. Niezdarnie niczym dzieci wgramolili się przez okno na scenę. Pierwszy… Drugi… Trzeci… Czwarty no i piąty… Kilka zabawnie nieśmiałych słów do mikrofonu, aby przywitać się z publiką i aby bardziej podgrzać atmosferę oczekiwania, która i tak już była nieznośna.
Muzyka pojawiła się nagle. Wypełniła pomieszczenie a dźwięki zaatakowały uczucia… Moja dusza już o nią błagała i było to pragnienie całkowicie niezależne od moich świadomych pragnień. Zachłysnęła się melodią niczym tonący odrobiną zaczerpniętego powietrza. Starałam się otrząsnąć, żeby zachować powagę chłodnej profesjonalistki, ale moja dusza żyła już własnym rytmem… A w zasadzie Ich rytmem… Już się nie broniłam… Miałam uczucie, że zaliczam zupełnie jak Oni „Pierwsze Wyjście z Mroku”… Pierwszy raz od długiego czasu, w tej kameralnej atmosferze poczułam, jak gdyby grali tylko dla mnie (tak jak ponad rok wcześniej, kiedy moją duszę targało cierpienie) a słyszane słowa utworów były moimi myślami… „Słowa, słowa – jeśli uwierzysz, to się utopisz…” „Czas” zaczął pędzić… Zatraciłam się w „Chaosie”… W mojej duszy rozgrywała się „Święta” „Wojna”… Wszystko wirowało a mnie pochłaniała mużyka… Takty łączyły się w całości i prawie nie rozróżniałam utworów… Jak podczas narkotycznej ekstazy…
Przebudziły mnie pierwsze takty „Listopada”… Aż nie mogłam uwierzyć! Przydusiło mnie w piersi a do oczu zaczęły się cisnąć Łzy. To bolało… Zupełnie jak rok wcześniej… Bolało mnie każde słowo, ale pragnęłam, żeby grali. Ten ból był lekarstwem dla mojej duszy a ja musiałam się w końcu wyleczyć z koszmarów przeszłości.

Przerwa… Piwo… Kilka zamienionych słów z koleżankami… A w środku „coś” niezwykłego… „Coś” niepisanie pięknego i niepokojącego jednocześnie…

„Zaprzepaszczone…” rozbudziły mnie na nowo… Już nie miałam ochoty tłumić w sobie emocji, które potęgował krążący wraz z nimi w krwi wypity alkohol… Znowu poczułam się samotna i opuszczona… Niczym Istota wcielona do Armii, która walczy w wojnie, która jest z góry skazana na porażkę… Rozejrzałam się wokół szukając wsparcia w Jego oczach. Zobaczyłam tylko puste, zimne miejsce obok mnie. Byłam sama… Tak jak zawsze… Tak jak kiedyś… Miało być tym razem inaczej – obiecał mi. Ten jeden raz miał być przy mnie, tak bym Go czuła…
Zaczęłam „Spadać”… Razem z Nimi… Razem z muzyką… Pierwszy raz od śmierci stanęła mi przed oczyma mama… Niczym Anioł… Przestała się bronić. Emocje puściły… Oczy też… Nagle zdałam sobie sprawę z faktu, że nie pamiętałam, kiedy ostatni raz płakałam…

Muzyka płynęła dalej bawiąc się bezlitośnie moją duszą i emocjami. Ogarniała mnie… Przytulała… Porzucała niczym sierotę podczas przerw…

…I poczułam się szczególnie… Magia działała… To miejsce… Ta atmosfera… Siedząca, mała publika, krawędź sceny, niezwykły głos i te wiele mówiące spojrzenia zza instrumentów… Połączenie słów i dźwięków, które pieszczą, ranią bezlitośnie i kochają… Rozbudzają dobre i złe wspomnienia… O Nas… O historii, która minęła… I o tym, że dzięki Nim przeżyłam… O tym, jak dzięki Ich muzyce wróciło we mnie życie… I w końcu o tym, jak dzięki Nim zyskałam Go…

Po wyjściu z „Owczarni” zimny, padający deszcz skutecznie ostudził moje najgorętsze emocje… Wdarłam się nieprzytomna z powodu opuszczających mnie emocji w wilgotną noc… Przyszedł, przytulił mnie i ruszyliśmy przed siebie… Ja - pełna radości, pożądania, niedosytu i ciepła… Ze świadomością, że na Comcertach byłam, jestem i będę sama, bo tylko tak oddaję Im siebie i swoją duszę w pełni… Zupełnie tak samo jak Oni oddają mi siebie… Tak przeżywam Ich magię najmocniej…

Euforia i rozpacz – te słowa najlepiej opisują to, co przeżyłam podczas tamtego koncertu…
Od Comy się wszystko zaczyna i na Comie się wszystko kończy,,,


8 września 2007
Klub "Muzyczna Owczarnia"

Wędrująca

Wróć do 'Recenzje'