Gdzieś, jakby na samym krańcu świata, prawie tym narniowym, pośród zastygłych w zadumie gór i szemrzących ukojeniem strumieni, grupa wspaniałych ludzi otworzyła maleńki klub, oddzielony od pogrążonego w emocjonalnym letargu świata drewnianym mostkiem, symbolicznej bramy. Pierwszego września po godzinie dwudziestej, miejsce to było świadkiem gwałtu dokonanego na upływającym czasie, zatrzymał się i doszło do wyłomu w przestrzeni.
Kilku niepozornych muzyków wyszło na scenę i podyktowało tempo metafizycznej wędrówce w głąb siebie, nadając jej wyrazisty kształt i prawo bytu. Pierwsze dobiegające uszu dźwięki skutecznie odebrały władzę w kolanach, by korowodem dreszczy dosięgnąć serca. Nastrojowe brzmienie gitar okraszone ciężkostrawnymi w swej prawdziwości słowami, kołysało wzburzone myśli, bezwolnie krążące pod kopułą czaszki. A z każdą upływającą sekundą w rytm narzucony muzyką, czuło się narastające wewnątrz napięcie, doprowadzające do swoistego transu. Nie sposób było się oprzeć magicznej aurze unoszącej się w rozedrganym emocjami powietrzu. Świat znów przechylił się o 180 stopni. Usłyszane na żywo po tak długim czasie „Turn back the river” odrodziło się i zburzyło wewnętrzny mur. Runął nieświadomie wzniesiony nad głową dach i oślepił błękitem nieba, zatrwożył nadmiarem objawiającej się przestrzeni. Niechciane łzy mimowolnie spływały po twarzy oczyszczając z nadmiernego ciężaru przeżyć. Nic nie było w stanie ich zatrzymać – otaczające grono ludzi, wstyd obnażenia, nic. Byłam tylko ja i moja osobista historia, którą pozostawiłam w Jaworkach. Na kilka godzin najbardziej spragnione wolności skrzydła przestały swędzieć, a wszystkie stopy obrzmiałe betonową codziennością uwolniły się spod zniewalającej siły grawitacji. „Na sznureczkach wisiał czas”, ale nikt nie podcinał go nożyczkami, pozwalał beztrosko falować na wietrze wydychanego powietrza. Tej nocy pękło niebo, poruszone zgodnym rytmem zbyt głośnego bicia serc. I otworzyły się wrota kosmosu, ukazując przerażający bezmiar głębi świadomego doświadczania. By rozkruszyć najbardziej stwardniałe skorupy budowane w obawie przed zbyt intensywną siłą uczuć. Przed czymś tak pięknym nie można się bronić, to byłby grzech. Bezwiednie umysł poddał się woli serca, aby w stanie całkowitego wyobcowania powrócić do korzeni swej przezroczystości. Uwolniona od lęku dusza dryfowała w bezkresie, ocierając się o miękki rękaw skrajnego szczęścia i ukazując, jak upajająca może być słodycz najbardziej ulotnych chwil. A każde słowo docierało głębiej i mocniej, torując nowe ścieżki myśli i odnajdując odpowiedzi na wciąż odradzające się pytania. Można było bezkarnie zapaść się w sobie i wykrzyczeć ból zalegający na oszroniałych półkach duszy, a później zatonąć w skroplonej milczeniem ciszy eterycznej, która przestała napawać strachem czy wstydem. Na ten ułamek czasu wykradziony rzeczywistości zasnął wilk stepowy, a wraz z nim siejący na co dzień chaos niekontrolowany welschmerz. Miażdżące za dnia problemy wraz z paraliżującym poczuciem zagubienia rozpłynęły się w mglistą nicość, by ustąpić miejsca klarującym się i zatartym do tej pory ścieżkom upstrzonym mnogością znaków. Zapominało się o maratonie, który już jutro zapuka do drzwi i zostawi niechcianą listę obowiązków na wycieraczce. I mimo, że ta noc naznaczona była piętnem efemeryczności, zapadnie głęboko w pamięć, jako jedna z najpiękniejszych. A jaśniejący blask cudownych wspomnień nie pozwoli zapomnieć drogi do domu, która jak do tej pory wydawała się daleka, ale oto zaczęła się skracać. Jeszcze żaden krok nie był tak pewny a dusza nigdy nie oddychała tak łapczywie.
Pewna pielgrzymująca bez końca dusza odnalazła swą oazę. Otrzymała namacalne potwierdzenie swej wiary, już nigdy nie zwątpi... Odkryła w sobie siłę umożliwiającą dźwignięcie z ziemi klucza do Nibylandii. Z dumą poniesie bagaż swej nadwrażliwości, który przestał ciążyć. Duszę bezbrzeżnie wypełnił spokój. Warto było jechać 17 godzin w jedną stronę. Dziękuję.
1 września 2007
Klub "Muzyczna Owczarnia"
Hith